Mandarynki – film
Fizycy wymyślają perpetuum mobile i jak wszyscy wiedzą wychodzi im to średnio, ale przynajmniej średnio bo uzyskują coraz większą sprawność urządzeń, ale ci od pokoju międzynarodowego nie dorastają im nawet do pięt i to od tysięcy lat. Tu pewnie wszyscy jednym głosem wtrącą „Wojtku, przecież to polityka” tak, ja wiem, że to polityka, która układa gospodarkę i swoje racje, ale powstaje pytanie ile jeszcze zginie sąsiadów zabitych przez swoich sąsiadów.
I tak właśnie odczytałem „Mandarynki” jako nadzieję, film pokazujący, że da się zbudować pojednanie ponad podziałami religijnymi i państwowymi, szkoda tylko, że na najniższym poziomie, na poziomie relacji ten człowiek z tym człowiekiem i często za najwyższą cenę, ale od czegoś trzeba zacząć. Wspaniała historia, wspaniałe ujęcia w których kamera porusza się na slajderze - to bajka, ujęcie z domkami w mgle to już sielanka kaukaska, a do tego wszystkiego realistyczny dźwięk.
Kinem interesuję się średnio, tak jak każdy oglądam filmy, ale ten film uważam za bardzo dobry jak nie najlepszy jaki do tej pory oglądnąłem, może dlatego, że trafił na mój podatny nastrój, po wizycie na obchodach D-Day... może, może przez to, że akcja jest na pograniczu Gruzji i Abchazji, a przecież to Kaukaz którym tak się interesuję... może, ale może też dlatego, że nie rozumiem dlaczego nasza cywilizacja nie uporała się z problemem wojny i nienawiści, przecież fajniej jest kochać niż walczyć.
Specjalnie nie opisuję dokładnie filmu, a tylko zachęcam, a jak komuś za dużo Kaukazu to o Estyńczykach też jest :)